BAZYLIOWY MUS VS ROBERT PARZĘCZEWSKI - O BOKSIE I NIE TYLKO

robert arab parzęczewski
( źródło zdjęcia : https://www.facebook.com/robert.arabparzeczewski)

Sport uprawiał od małego, a od kiedy pamięta lubił się bić, więc nikogo nie powinno dziwić, że trafił na salkę bokserską. W marcu miną trzy lata od jego zawodowego debiutu i choć przytrafiły mu się kontuzje i przegrana w ringu, nie przestaje ciężko pracować. Nie załamał się, bo jak sam mówi: "prawdziwego mistrza poznaje się nie po tym jak często wygrywa, a po tym jak szybko podnosi się po porażkach." O boksie i nie tylko - Robert Parzęczewski

Od kiedy pamiętam zawsze uprawiałem sport. Trenowałem piłkę nożną, ręczną, koszykówkę, więc można powiedzieć, że od dziecka byłem ruchliwym chłopakiem. Pierwszy raz na salkę bokserską przyszedłem chyba w wieku 13-14 lat i trafiłem na trenera Grzegorza Krawczyka, z którym współpracuję do dziś. Boks podobał mi się od samego początku. Od małego oglądałem walki bokserskie Krzysztofa Włodarczyka i pozostałych czołowych polskich pięściarzy, oraz filmu typu Rocky. Boks wyróżniał się na tle innych dyscyplin, które wcześniej uprawiałem i strasznie mi się spodobał, bo był sportem indywidualnym a nie drużynowym. Prawdą jest, że w boksie też jest drużyna - trener oraz cały sztab, ale większość zależy tylko i wyłącznie od zawodnika. Trzeba słuchać trenera, być zdyscyplinowanym i przykładać się do treningów.

Od małego lubiłem się bić. Nigdy pierwszy nie zaczynałem, ale jak tylko była okazja by bronić siebie lub młodszych braci, zawsze to robiłem i nigdy nie dawałem sobie w kaszę dmuchać. Chciałem się sprawdzać, sparować ze starszymi, silniejszymi chłopakami z większym stażem i tak się to wszystko zaczęło.

Żeby być dobrym pięściarzem potrzebny jest charakter, psychika i odporność na ból i krytykę. Trzeba słuchać i czerpać wiedzę od lepszych mądrzejszych. Myślę, że prawdziwego mistrza poznaje się nie po tym jak często wygrywa, a po tym jak szybko podnosi się po porażkach.

Porażka w ringu nauczyła mnie pokory. Bardzo chcę wziąć rewanż i zamazać plamę.

W dniu walki śpię do oporu, dokładnie tyle ile organizm potrzebuje. Jem śniadanie, rozmawiam z trenerem, zbieram energię na walkę. Staram się wyciszyć i zostawić emocje na moment na walki, ale nie zawsze to wychodzi.

Dotychczas pracowałem na budowach w firmie Piemont Sp. z o.o., której szefem jest Pan Tomasz Piróg, mój aktualny sponsor, a w weekendy stoję jako ochrona w klubach, choć staram się już coraz rzadziej zarywać nocki. Przed grudniową walką w Łomiankach nie pracowałem wcale i zrobiłem najlepszą walkę w życiu, a to dopiero początek mojej kariery. Aktualnie nie pracuję, skupiam się na treningach, ale zobaczymy jak długo tak będzie, czas pokaże.

Szkoda mi pierwszego roku po debiucie, pechowo zmarnowanego przez kontuzje. W kolejnym roku podpisałem kontrakt z promotorem Mariuszem Grabowskim i stajnią Tymex i wszystko ruszyło bardzo szybko do przodu, aż do momentu porażki. Prawdopodobnie gdybym wtedy w czerwcu wygrał, byłbym gdzie indziej niż teraz jestem. Takie jest życie, nie ma się co załamywać, trzeba iść dalej do przodu. Jestem młody, więc wierzę, że wszystko nadal przede mną.

Jeśli chodzi o następną walkę, to są już jakieś plany, ale nie chcę wychodzić przed szereg, więc najlepiej poczekać, aż oficjalnie ogłosimy kolejną datę mojej walki.

Przestałem się skupiać na polskich zawodnikach. Trzeba patrzeć na siebie, poprawiać i szkolić swoje umiejętności. Wiem, że jest dużo do poprawy, do nadrobienia i do nauczenia.

Wiele razy mówiłem o swoich celach i marzeniach, teraz nie chcę już mówić. Chcę się po prostu brać do pracy i je realizować.

Ambicje są bardzo ważne, ale czasami przeszkadzają w podejmowaniu decyzji, dlatego dziękuję trenerowi Grzegorzowi za to, że mnie hamuje i mówi: „spokojnie, na to czy na to jest jeszcze czas, teraz trenuj”.

Gdy brakuje mi ochoty na trening motywuję się i zastanawiam nad tym, co by mogło być gdyby nie boks. Myślę o tym jak ciężka i daleka jest droga do celu i że każdy trening mnie do niego przybliża.

Jeśli jestem zdrowy, nie mam kontuzji i nie muszę pracować, to trenuję dwa razy dziennie. Moja drużyna powiększyła się i mam dwóch trenerów - Grzegorza Krawczyka od boksu, oraz Macieja Chynowskiego od kondycji, siły, motoryki, więc trenuję dwa razy dziennie - rano z jednym, a po południu z drugim z trenerów

Staram się trzymać ścisłą dietę, ale nie zawsze mi to wychodzi. Uwielbiam słodycze i jest to mój słaby punkt. Sam sobie przygotowuję posiłki, które rozpisuje mi Maciek. To właśnie on jest odpowiedzialny za moją dietę. Na śniadanie jem omleta białkowego, a więc jajka, płatki owsiane, cynamon, odżywka białkowa i suszone owoce. Jeśli natomiast chodzi o alkohol, to robię to rzadko, dosłownie kilka razy w roku, ale staram się wcale nie pić.

Moimi ulubionymi sportowcami są pięściarze, mistrzowie świata. Od każdego z nich można sie dużo nauczyć np. Bernard Hopkins i jego styl prowadzenia się – niepijący alkoholu, wiecznie w formie i w treningu. Dzięki takiemu stylu życia w wieku 50 lat dalej robi walki na tak wysokim poziomie.

Przede wszystkim słucham trenera i biorę sobie do serca jego uwagi. Dużo rozmawiamy o walkach i stylach najlepszych zawodników na świecie. Od każdego z nich chcę zabrać coś dla siebie, coś co może mi się przydać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz