BAZYLIOWY MUS VS DAMIAN WRZESIŃSKI - O BOKSIE I NIE TYLKO


W  jego rodzinnej miejscowości nie było treningów bokserskich, więc jako dzieciak obijał worek po ziemniakach. Mimo bogatej kariery amatorskiej, udało mu się skończyć studia i założyć rodzinę. Nie cukruje - przyznaje, że choć po stronie porażek ma zero, jedną walkę zremisował, głównie dlatego, że walczył u siebie. Nie kłamie, że nigdy nie myślał o dopingu, ale podkreśla, że dzięki chłodnej kalkulacji, nigdy z niego nie skorzystał. Gdy pytam o sportowe marzenia, nie mówi jak wszyscy o wielkich tytułach, a o chęci rozwoju, którego ewentualne walki o tytuł mogą być konsekwencją. O Drużynie Szpiku, rodzinie i roli nauczyciela, o boksie i nie tylko - Damian Wrzesiński

Od zawsze ciągnęło mnie do sportów walki. Wieszałem sobie worek po ziemniakach w garażu i go obijałem. Początkowo chodziłem na kickboxing, gdzie zdobywałem pierwsze sukcesy, a na boks poszedłem dopiero wtedy, gdy się u nas pojawił. Trafiłem do super trenera Jana Bezimiennego, w krótkim czasie nauczył mnie podstaw boksu. 

Większość trenerów stoi w miejscu. Żyją tym co działo się czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu. W tamtych czasach była liga i większa konkurencja. Żeby startować w Mistrzostwach Polski trzeba było naprawdę ciężko pracować i osoby, które się na nie dostały, były ścisłą czołówką. Dziś brakuje konkurencji, ale i pieniędzy, a co za tym idzie brakuje motywacji. Zawodnicy, którzy wybijają się w małych miejscowościach, zakładają rodziny i zamiast trenować, wolą iść do pracy. Brakuje funduszy i sponsorów, dlatego rozwój zarówno zawodników, jak i trenerów jest ograniczony. Wydaje mi się, że większość po prostu spoczywa na laurach i nie czuje potrzeby, żeby się dalej rozwijać.

Pamiętam wyjazdy do Rosji, gdy byłem jeszcze amatorem. Dzieciaki bawiły się tam boksem, boks był na podwórkach i w szkołach, to była zabawa. U nas sporty walki kojarzą się z czymś złym. Ludzie myślą, że zawodnicy to margines, a wcale tak nie jest. Mnie sport ukształtował i dużo mu zawdzięczam; skończyłem studia i ciągle chcę się rozwijać. Jestem nauczycielem wychowania fizycznego i też chcę pokazywać dzieciakom boks, uczyć ich podstaw i pokazywać, że ten sport wcale nie jest taki zły.

Niektórzy mówią, że boks jest niebezpieczny. Każdy ma swoje myślenie na ten temat. Jestem za tym, by się ruszać. Jakikolwiek wysiłek jest lepszy od braku wysiłku. Owszem, coś złego może mnie spotkać w ringu, ale równie dobrze mogę wyjść na ulicę, być nieostrożnym na pasach i ktoś przypadkowy może mnie rozjechać. Różne rzeczy mogą nam sie przytrafić. Nieważne czy to boks czy też nie, wszędzie może mi się coś stać.

W sobotę walczę na gali w Poznaniu, gdzie od dawna mieszkam. Dla mnie jest to okazja, by pokazać się przed swoją publicznością, choć wiadomo, że walka na antenie Polsatu dała by mi więcej. Nad wszystkim czuwa mój trener Mchitar Bagdasarian, a w przygotowaniach pomogli mi sparingpartnerzy między innymi Tomasz Król, oraz Tomasz Mazur, który teraz też szykuje się do walki. Pojedynek zakontraktowany jest na osiem rund, ale ciężko trenuję i jeśli będzie okazja, by skończyć walkę przed czasem, długo nie będę się zastanawiać. Jestem na tym etapie kariery, że nie chcę kalkulować, chcę walk z jak najlepszymi, bo wiem, że ze słabszymi i tak niczego się nie nauczę. W moim przypadku walka z teoretycznie lepszym dodatkowo mnie mobilizuje, emocje podczas takich pojedynków są większe. Wiem, że walcząc z lepszym zawodnikiem, będę lepiej przygotowany, szybszy, czujniejszy, jeszcze bardziej będę chciał zwyciężyć.

Już w czasach, gdy boksowałem w amatorce, lubiłem boksować za granicą i walczyć z kimś, za kim była publiczność, bo był to dla mnie dodatkowy bodziec, żeby zwyciężyć. Taką walką była zeszłoroczna walka z Leśniakiem, gdzie mimo, że walczyliśmy w Polsce, to on miał zdecydowanie większy doping. Czułem, że publiczność jest "jego", że nikt nie stawia na mnie. Dużą rolę odegrała tu moja żona Natalia, która jeździ ze mną na wszystkie walki już od czasów amatorskich. Wiem, że ona zawsze tam jest, słyszę ją, słyszę co podpowiada, co krzyczy. Myślę, że chce dla mnie nawet lepiej niż niektórzy trenerzy. Tak też było podczas tej walki. Słyszałem tylko jej doping i to mnie bardzo motywowało. Mimo, że go trafiałem, ona ciągle powtarzała, że mam go trafić jeszcze raz i jeszcze raz i faktycznie, gdybym tego nie robił, mógłbym tę walkę przegrać.

Najtrudniejszą walką była remisowa z Staliarchukiem.  Nie ma co ukrywać i się tłumaczyć, ale tego dnia byłem słabo przygotowany. Walczyliśmy sześć rund, trzy pierwsze zaliczam sobie, ale później już było słabo. Miałem kryzys i z niego nie wyszedłem. Choć szczerze mówiąc mogli mi dać przegraną, to na szczęście dali remis, bo boksowałem u siebie. Chciałem rezygnować z boksu, ale wyciągnąłem wnioski.  Jako jedyna wsparła mnie wtedy moja żona, wyciągnęła mnie z dołu psychicznego, zacząłem dużo ciężej trenować. Cieszę się, że dostałem łomot, wiem że boks to nie żarty, że trzeba się przygotować, bo może się to źle skończyć.

Miałem spore sukcesy w amatorce. Zdobyłem dwukrotnie tytuł Mistrza Polski, wywalczyłem brązowy medal na Turnieju im. Feliksa Stamma, oraz na prestiżowym Międzynarodowym Turnieju w Debreczynie. Jednak za swoje największe osiągnięcie z czasów amatorskich, uważam walki z najlepszymi. Mimo, że część z nich przegrałem, to właśnie z tych walk, najwięcej się nauczyłem. Moim celem jest rozwój. Chcę się cały czas rozwijać, choćby najmniejszymi kroczkami. Chcę iść do przodu i czuć, że jestem coraz lepszy. Mam nadzieję, że efektem tych ciężkich treningów i rozwoju będą walki z najlepszymi. 

Nie jestem za boksem kobiet, choć zdarzają się mistrzynie świata, których walki fajnie obejrzeć, natomiast gdyby moja córka chciała, nie odradzałbym jej boksu, ale też bym jej nie zachęcał. Każdy sam musi wiedzieć co chce w życiu robić. Jeśli ciągnęłoby ją do sportu, to nie ma problemu. 

Doping przewija się, tak jak przewijał się od lat. To dość ciężki temat. Nigdy nie brałem tego pod uwagę, choć przewijało mi się przez myśl. Miałem taki moment, że sam zastanawiałem się nad dopingiem, analizowałem za i przeciw, ale wystarczyła mi prosta kalkulacja, by wiedzieć, że więcej jest przeciw niż za. Gdyby każdy to przeanalizował, mniej byłoby takich przypadków. Myślę, że tam gdzie są duże pieniądze, doping jest bardziej powszechny. Im mniejsze pieniądze za walki, tym mniejszy doping, bo stawka nie jest aż tak wysoka. 

Dużo jest zawodników utalentowanych, którzy marnują się, bo są leniwi. Dużo jest też takich, którzy mają mniej talentu, ale bardzo chcą coś osiągnąć. Nawet najmniejszy talent, gdy będzie ciężko pracować, może zajść daleko. Mówi się, że chcieć to móc i tak, najważniejsze to chcieć, dążyć do celu. Jeśli ktoś ma mniej talentu, musi ciężej pracować, ale prędzej czy później zbuduje fundament. 

Zadzwoniła do mnie kiedyś kobieta z Drużyny Szpiku. Opowiedziała o fundacji, o tym, że między innymi jeżdżą do chorych dzieci, zapytała czy nie chciałbym się włączyć. Nie mam dużo czasu, ale jestem za tym, żeby pomagać i kilka razy byłem na takim spotkaniu z dziećmi, zaproponowałem jakąś pomoc, dodatkowo umieszczenie logo Drużyny Szpiku na rzeczach, w których wychodzę do ringu. Mam na tyle ukształtowane nastawienie do życia, że jestem dość odporny. Spotkanie z chorymi dziećmi znoszę lepiej niż np moja żona Natalia. Z takiego spotkania każdy wynosi coś dla siebie. Uczę się doceniać życie, widzę jakie inni mają problemy. Nie oczekuję dużo od życia, a daję z siebie wszystko. Trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Na świecie jest tyle problemów, a my przejmujemy się tym, że mamy mniej na koncie. Ja się tym już nie przejmuję, po prostu żyję. 


1 komentarz: